wtorek, 15 października 2013

Piątek. To już jest koniec...?

Poranek w szkole. Sprawdzamy dzisiejszy plan: zostały nam jeszcze dwie prezentacje w  klasach, jedno spotkanie projektowe, próba do występów na Culture Show oraz podsumowanie projektów.
W której klasie dzisiaj prezentujemy? Zerówka! Trochę martwimy się czy nasza prezentacja w ogóle ma tu sens. Nasz Lech, Czech i Rus, Biebrza, code of arms... Na szczęście dla nas okazuje się, że w zerówce nie ma projektora. I całe szczęście. Idziemy na żywioł, uczymy ich kilku słów po polsku, pokazujemy na globusie gdzie jest Polska, opowiadamy trochę o zwierzętach i czekamy na pytania. A one są np. o nasze ulubione kolory;). Kiedy maluchy zaczynają sie wiercić, Pani zaprasza nas do wspólnej zabawy. Zerówczaki wstają i biorą każdego z nas za ręce, ciągnąc do wybranego kącika. Ja czytam dwóm dziewczynom książeczki, inni układają układanki z maluchami, nawlekają korale, budują z klocków. Jest baaaardzo miło i na luzie.
Po krótkiej przerwie wszyscy udają sie na projekty. A nastepnie idziemy na ostatnią już prezentację, do klasy piątej. Siadam sobie w kąciku i umawiamy się, że mnie nie ma. Radźcie sobie, kochani. Siedzę i obserwuję. I przepełnia mnie duma. Chyba nawet puchnę z tej dumy;) Dzieciaki prowadzą regularną lekcję. Po 7 prezentacjach doszli już do takiej wprawy, że sami dbają o wszystkie "wstawki nauczycielskie", poza oczywiscie merytorycznym przekazem. Śmiać mi się chce, gdy słyszę jak sobie nawzajem podpowiadają i radzą w kwestii głośnego mówienia, interakcji, odwracania się od tablicy i innych presentation skills. Jest podział ról - operator multimediów, manager ptasiego mleczka, lider nauki polskiego;))
Po wyjściu z klasy chcé każdemu pogratulowač. Ale nim do tego dochodzę moja grupa zdążą już sie pokłócić o to, kto co zrobił nie tak. Czy to jakiś polski rys...? Chwilowo załamuję ręce.
Po lunchu idziemy do Gym na próbę. Mamy okazję podejrzeć co przygotowali inni. Niemcy mają scenki z bajek braci Grimm, Holendrzy uklad taneczny polączony z informacjami o kraju i szkole wyrapowanymi przez jednego z chlopców, Ukraina na ludowo i tanecznie, Meksyk to po prostu meksyk, a Chińczycy niestety też mają się bardzo dobrze - stroje, wachlarze, muzyka. Nagle wszyscy czujemy podobnie: czy damy radę, czy nie pogubimy się w tym polonezie, czy inni nie mają fajniejszych występów? Przychodzi nasza kolej. Jedna pomyłka w polonezie. Idziemy od początku. Piosenka bez zarzutów. Uważam, że dzieciaki wypadają świetnie, mają dużo luzu, wszyscy się ruszają, Alex, Natalia i Iwo dają czadu. Referen jest energetyczny, radosny.
Występ już wieczorem.
Na kilka godzin wracamy do naszych domów, a o 7 30 znów jesteśmy na sali gimnastycznej. Wszyscy pamiętali o koszulkach. Z czystością spodni było różnie. Polonez w poplamionych trawą portkach... Trudno, to w końcu 7 dzień od wyjazdu z domu. Nie każdemu jest łatwo znaleźć coś czystego. Mogę tylko powiedzieć: plecy prosto, nieduże kroki, uśmiech. Nikt nie zwroci uwagi na plamy na spodniach.
I tak też jest.
Przy piosence mamy kłopot z mikrofonem. Nikt poza nami się nie orientuje. Zaangażowanie uczuciowe Alexa i akrobacje Natalii wywołują aplauz wšród publiczności.
Podsumowanie projektów też jest ekscytującym wydarzeniem. Wieże (grupa Zuzi zbudowała najwyžszą), mosty (najmocniejszy wytrzymał obciążenie 4 kg! Antek był jego współprojektantem), gigantyczna praca plastyczna, film o naszym projekcie, nagrania autorów prac z projektu This I believe, no i piosenka One love. Wszystko cudowne. Prawdopodobnie otrzymamy nagrania z tych prezentacji i wtedy sami zobaczycie. Dzieciaki i nauczyciele zrobili kawał dobrej roboty.
Na koniec Amerykańscy uczniowie występują z Papaya Dance do Urszuli Dudziak. Pan dyrektor też. Nauczyli się tego 4 lata temu w Polsce i odtąd wykorzystują na różne okazje. Nasz akcent w Nativity:) Reszta dzieci dołącza i rusza pociąg przez całą sale. Jak na weselu;)
Jest przed dziesiątą. Jesteśmy trochę zmęczeni z nadmiaru wrażeń. Jeszcze zdjęcia pamiątkowe. Jutro każdy rozjedzie się w swoją stronę.
Następnego dnia dowiaduję się, że niektörzy byli jeszcze na ognisku. I piekli... marshmallows w ognisku!!! A potem jedli je w podpiekanych waflach. To tez jest kawałek Ameryki.

Tych kawałków poznaliśmy dużo. Każdy ma pewnie własną opowieść, ze swoimi zaskoczeniami. The beauty of being different and the astonishement of being similar.. Wraca to do mnie pod koniec naszej przygody. Jest coś pięknego w tym, że "każdy ma inaczej", a z druguej strony tych podobieństw jest tak dużo, ze można razem pracować, tworzyć, wariować.
Być po prostu razem.

Renia
























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz